PYTANIE O FORMĘ KATECHUMENATU Sługa Boży Ks Franciszek Blachnicki RODZICE DZIECI KOMUNIJNYCH 19.11.b.r.

(Czy jest szansa aby obronić wiarę naszych rodzin ? Sługa Boży Ks Franciszek Blachnicki) Kościół zawsze musi mieć jakąś formę katechumenatu, czyli sposób czynienia uczniów, bo to jest nakaz Chry­stusa. Nie istnieje problem, czy katechumenat ma być czy nie. Kościół bowiem ciągle musi pozyskiwać nowe poko­lenia. Jest tylko pytanie o formę katechumenatu - jak to robić?

Jaki katechumenat Kościół posiada dzisiaj? Czy we współczesnym Kościele mamy skutecznie działający, wy­starczający katechumenat? Tu jest problem. Na ogół w tych społeczeństwach, w których Kościół istnieje od wieków, jest zorganizowana katecheza, nauka religii w szkole czy poza szkołą. Zakładamy wtedy, że katechumenat istnieje, bo istnieje system nauczania religii, szkolny lub parafialny. Właśnie to założenie trzeba podważyć. Okazuje się, że jest to złudzenie. Zakładamy, że mamy katechumenat, a fak­tycznie go nie mamy. Nauka religii czy katecheza, w ja­kiejkolwiek formie istnieje, choć sama w sobie jest dobra, to nie jest tym samym, co katechumenat.

Czym więc jest katechumenat i jakie musi wypełniać zadania, żeby był tym, czym powinien, to znaczy proce­sem inicjacji chrześcijańskiej, procesem, w którym czło­wiek staje się chrześcijaninem i zostaje włączony w życie wspólnoty Kościoła? 

Na ogół wylicza się sześć funkcji katechumenatu, albo inaczej mówiąc, sześć linii formowania człowieka. Katechumenat musi wdrażać do życia słowem Bożym.

To jest pierwsza jego funkcja. To znaczy ma nie tyle nauczać historii biblijnej i dawać bierną znajomość Pisma Świętego, co wychować człowieka do życia słowem Bożym na co dzień. To jest istotna, podstawowa funkcja katechumenatu. Trzeba uczyć człowieka, jak słowo Boże może czynić słowe  m życia, czyli słowem, które będzie kształtowało jego życie, któremu podda swoje życie, które wskutek tego da mu życie. Tego bardzo często nie ma w szkolnym katechumenacie, w którym tylko podaje się informacje i wiadomości o Piśmie Świętym. To jest dobre i pożyteczne, ale to nie jest-katechumenatu.

Po drugie, katechumenat musi wdrażać człowieka do życia modlitwą, czyli do dialogu z Bogiem, do osobowego kontaktu z Bogiem. Nie wystarczy uczenie pacierza. Nie wystarczy nauczyć się na pamięć pewnych modlitw. Chodzi o wychowanie do modlitwy, o szkołę modlitwy. Dzisiaj budzą się w Kościele różne ruchy modlitewne, jakby w odpowiedzi na to zaniedbanie. Ta funkcja katechumenatu nie była należycie spełniana: wdrażanie do życia modlitwy w sensie osobowego, żywego kontaktu z Bogiem  do modlitwy osobistej i we wspólnocie Kościoła.

Trzecia linia katechumenatu to wdrażanie do życia sakramentalnego przyjmowania Sakentów świętych. Z tym związana jest pewna pedagogia - jak w sposób owocny, odpowiadający prawom życia osoby, na bazie wiary i słowa Bożego wprowadzić kogoś w życie
sakramentalne. Liturgia wciąż jeszcze faktycznie spełnia rolę katechumenatu, zwłaszcza liturgia słowa, tak mocno  budowana po soborze. Ale jeśli nie ma wsparcia w systemie małych grup czy wspólnot rodzinnych, też nie jest w pełni owocna i skuteczna. 

Czwarta linia katechumenatu łączy się z greckim słowem metanoia, które oznacza przemianę. Chrześcijanin musi być człowiekiem, który stale się przemienia, który przechodzi od starego do nowego człowieka, w którym siary człowiek, czyli egoista, umiera, który uczy się miłości w postawie służby. To jest stały proces, to jest stała lunkcja życia chrześcijańskiego i do takiej postawy stałe-go nawracania się musi wdrażać katechumenat.

 
Piąta linia katechumenatu to wdrażanie do postawy  świadectwa, do umiejętności świadczenia o Chrystusie, o swojej wierze. To należy do podstawowych elementów życia chrześcijańskiego. Już w okresie ewangelizacji prowadzi się człowieka w tym kierunku, aby był zdolny dawać świadectwo. Jest bowiem taka zasada, że ten tylko może zachować żywą wiarę i ją pogłębić, kto potrafi tę wiarę przekazywać innym. W tym procesie dawania siebie człowiek umacnia swoją wiarę. 

Szósta linia formacyjna to wdrażanie do diakonii, czyli do^służby na rzecz wspólnoty. Chrześcijanin wchodzi do wspólnoty poprzez aktywną służbę przy pomocy posiadanych charyzmatów (darów). W ten sposób uczestniczy w procesie budowania wspólnoty.
Proces inicjacji, czyli wdrażania w życie chrześcijańskie, zawiera więc sześć linii formacyjnych. Są nimi:  /strona 44 / słowo Boże, modlitwa, liturgia, przemiana, świadectwo i służba. Dopiero wtedy możemy mówić o katechumena­cie, gdy wszystkie te funkcje są rzeczywiście realizowane. Bez tego nie ma procesu stawania się chrześcijaninem, nie ma wdrażania w życie chrześcijańskie we wspólnocie.

Niektóre elementy katechumenatu są w katechezie, po­wiedzmy, w stanie szczątkowym. Na ogół nie ma w niej elementu wdrażania do życia na co dzień słowem Bożym. Jest jakaś nauka modlitwy, ale nieraz bardzo sformalizo­wanej. Nie ma procesu metanoi, chociaż mówi się o grze­chach, przykazaniach i prowadzi się ludzi do spowiedzi. Na pewno słabo zaakcentowany jest element świadectwa i diakonii. Oczywiście, jeśli ktoś dobrze prowadzi kate­chezę i wie, o co w niej chodzi, to jego katecheza może mieć formę zbliżoną do katechumenatu. Jeden z synodów biskupów poświęcony był katechezie. W dokumencie wy­danym po nim czytamy, że katecheza jest tym doskonalsza im bardziej zbliża się do katechumenatu.

Ten szkolny katechumenat z założenia powinien być katechumenatem pomocniczym w stosunku do katechu­menatu domowego, rodzinnego. Nauka religii w szko­łach zakłada, że mamy do czynienia z dziećmi, które pochodzą z rodzin katolickich, w których dokonuje się właściwy proces inicjacji, wdrażania w życie i w postawy chrześcijańskie. Problem polega na tym, że przy pomocy katechezy próbuje się nadrobić wszystkie braki katechu­menatu rodzinnego. Nawet najlepsza katecheza, jeżeli nie ma oparcia w katechumenacie rodzinnym, nie wycho­wuje nowych chrześcijan. Katechumenat rodzinny z założenia jest podstawową formą katechumenatu Kościoła w krajach tradycyjnie katolickich. Inaczej jest w krajach misyjnych. Tam jest klasyczny katechumenat dorosłych, który kiedyś był w Kościele a dzisiaj jest w jakimś stopniu przywracany.

Z powodu ogólnego kryzysu wiary, procesu laicyzacji życia i ogromnego wpływu, jaki wywiera na człowieka środowisko, potrzeba dzisiaj jakiegoś dodatkowego ka­techumenatu. W obecnym czasie najskuteczniejszą for­mą katechumenatu są różne ruchy odnowy w Kościele: Focolare, Cursillo, Comunione e Liberazione, Equipes Notre Dame, Odnowa w Duchu Świętym i wiele innych. Duch Święty wzbudza je dzisiaj w Kościele, bo chce Ko­ściół ożywić. Różne osoby obdarza odpowiednimi cha­ryzmatami, żeby wzbudzały w Kościele te ruchy odnowy, bo w nich w sposób intensywny są realizowane elementy katechumenatu. Niektóre z tych ruchów wyraźnie okre­ślają siebie jako ruchy katechumenalne. To jest przede wszystkim Neokatechumenat. Drugim jest Ruch Światło-Życie, w którym uczestnicy przeżywają deuterokate-chumenat. We wszystkich ruchach członkowie uczą się żyć słowem Bożym, uczą się modlitwy, pielęgnowania liturgii, przemiany życia, świadectwa i służby. Ruchy te przeważnie bazują na małych wspólnotach, które stają się środowiskami wzrostu wiary, w których proces wdra­żania w postawy chrześcijańskie, w życie chrześcijańskie intensywnie się rozwija.Myśląc o przyszłości Kościoła, musimy dążyć do tego, żeby każda parafia miała rzeczywiście funkcjonujący, skuteczny katechumenat. Nie należy przy tym stawiać sprawy alternatywnie: albo tak udoskonalić katechezę, żeby miała w sobie elementy katechumenatu, albo odno­wić rodzinę chrześcijańską, żeby była katechumenatem, albo tak rozbudować ruchy w parafii, żeby w nich wierni mogli przeżyć tę chrześcijańską inicjację. Te rzeczy się dopełniają. Trzeba postawić zarówno postulat odnowy rodziny, żeby stawała się domowym Kościołem i speł­niała funkcje katechumenatu, postulat odnowy kateche­zy, jak i postulat umocnienia ruchów odnowy w parafii, w których w małych wspólnotach właśnie ten proces się dokonuje.

Zarysowuje się więc pewien plan odnowy Kościoła we wspólnotach lokalnych poprzez ewangelizację i odno­wę katechumenatu. Musimy stwierdzić, że jeżeli chodzi o duszpasterstwo w naszych polskich parafiach, to nie­raz mamy do czynienia z fałszywym rozkładem akcen­tów. Główny akcent jest położony na katechezę, która jest ogromnie rozbudowana. Kapłan ma w tygodniu czter­dzieści godzin lekcji religii. Wtedy oczywiście nie ma czasu na przygotowanie liturgii, homilii, nie ma czasu na modlitwę, na pracę z małymi grupami. Mnożenie godzin katechezy nie jest lekarstwem na ogólny kryzys wiary. To raczej błąd strategiczny.

Kiedyś w Krościenku dyskutowaliśmy o tych proble­mach w grupie księży razem z biskupem Wilhelmem Plutą z Gorzowa Wielkopolskiego. Biskup powiedział, że kiedyś jednemu ze swoich księży zredukował o połowę liczbę godzin katechezy. Ale postawił mu pewne warunki: codziennie jedną godzinę (z tych zredukowanych) bę­dzie dłużej spał, cztery godziny w tygodniu poświęci na pracę z rodzinami, resztę godzin - na modlitwę osobistą i studium Pisma Świętego. Biskup był pewien, że jeśli ten ksiądz zastosuje się do tych zaleceń, jego praca duszpa­sterska będzie owocniejsza. A gdyby tak ten schemat zastosować do wszystkich księży w całej Polsce? Byłaby rewolucja. Gdyby się to udało, wynikiem byłaby odnowa Kościoła.

Dzięki ruchom odnowy zmieniła się świadomość pol­skich księży. W pierwszych latach mego kapłaństwa, gdy mówiłem o pracy w małych grupach, gdy stawiałem za przykład Kościół we Francji, grupy małżeńskie ruchu Kquipes Notre Dame, wszyscy mówili, że u nas to nie­możliwe, bo my w kościołach mamy masy i duszpaster­stwo masowe. Dzisiaj już nikt tak nie mówi. I biskupi, i księża, wszyscy rozumieją, że małe grupy to punkt cięż­kości naszej pracy i przyszłość dla Kościoła. Oczywiście, ta praca w grupach musi być odpowiednio wbudowana w kontekst pracy całej parafii. Inaczej może pojawić się niebezpieczeństwo, że grupy będą istniały jak gdyby dla siebie. Przez ewangelizację do katechumenatu, przez ka­techumenat do najróżniejszych diakonii w parafii!

RODZICE DZIECI kom 19.11..2017 Spotkanie w małej grupie DOJRZAŁOŚĆ I NIEDOJRZAŁOŚĆ CHRZEŚCIJAŃSKA

Dojrzałym chrześcijaninem według Biblii jest ten, które­go wiara spontanicznie wytwarza owoc uczynków (zob. Jk 2, 14-22). Uczynki są dowodem, że wiara jest auten­tyczna. Nasze usprawiedliwienie zaczyna się od wiary, którą Bóg daje człowiekowi darmo, bez jego zasługi, ale człowiek musi z tą wiarą współdziałać.

Gdy czytamy listy Świętego Pawła, to zawsze na ich końcu znajdujemy różne pouczenia. Te fragmenty nazy­wa się częścią parenetyczną listów. Święty Paweł wylicza uczynkjJ_rx)stawy, które powinny cechować chrześcija­nina. Dla niego życie dojrzałe wyrasta z wiary (zob. np. Ef 4-6). Święty Paweł często wskazuje w postawie chrze­ścijan na obecność czegoś, co nazywa więzią doskonało­ści, i w tym jest zawarta istota chrześcijanskiej dojrzałości. Chodzi tu po prostuo^miłość, która wszystko przenika, ale nie o jakąkolwiek miłość, trzeba dodać - miłość w wymiarze krzyża. Co to znaczy? CKoĆlzi o miłość, któ­ra umie przebaczać, któraJpoTrafi znosić drugiego, która nie odpłaca złem za zło, ale zło dobrem zwycięża; miłość, która jak gdyby bierze zło świata i tak jak Chrystus nie­sie je na krzyż, aby umrzeć za nie, by zostało ludziom darowane.

SYMPATYCY CZY CHRZEŚCIJANIE?

DOJRZAŁOŚĆ I NIEDOJRZAŁOŚĆ CHRZEŚCIJAŃSKA

Miłość Chrystusowa, ta miłość w wymiarze krzyża, bezinteresowna, znosząca i przebaczająca stanowi istotę chrześcijańskiej doskonałości. „Przykazanie nowe daję wam, byście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umi­łowałem" (J 13, 34). Taka miłość musi zapanować wśród nas, obalając bariery i tworząc z nas jedność, czyli wspól­notę. Wtedy możemy mówić, że jesteśmy Kościołem. Ży­cie we wspólnocie wiary, ale i we wspólnocie miłości, to * istota chrześcijańskiego życia.

Chrześcijanin, który żyje w jedności z innymi, dzię­ki temu, że ma miłość, która potrafi przebaczać, znosić i poświęcać się dla drugich, jest nazwany przez Świętego Pawła jjpwym sjworaeniem" „nowym człowiekiem", „człowiekiem według Ducha", „człowiekiem przyobleczo­nym w Chrystusa", „synem Bożym w Jezusie Chrystusie". Takie wyr^enia_ci^gle powtarzają się u Świętego Pawła. Kto nie potrafi żyć miłością w wymiarze krzyża, kto nie jest zdolny znosić krzywdy w postawie przebaczaja*cej,^le procesuje się, dochodzi swoich praw, kto wywołuje roz-dźwięki we wspólnocie, tenjeszcze jest - jak mówi Święty Paweł - „człowiekiem cielesnym" albo „niemowlęciem w Chrystusie". Święty Paweł mówi^do Korvntia*n, żellcbro są między nimi kłótnie, to są jeszcze niedojrzali, są nie­mowlętami w Chrystusie (por. 1 Kor 3,1-37!

Jeżeli przyjrzymy się dzisiaj przeciętnym chrześci­janom czy katolikom, to zobaczymyTjak daleko jest im do takiej dojrzałości chrześcijańskiej. Ogromna większość żyje tak^jak^ż}l§_ poganie:Jdóci się, procesu­je, nienawidzi, nie potrafi przebaczać. Ludzie chodzą do kościoła, spełniają jakieś praktyki religijne, ale Leli żyde"jesT antyświadectwem. Dlaczego takj£gt?_piatego że zaniedbano drogę, "która prowadzi do dojrzałości chrześcijańskiej, czyli katechumenat. W przeciętnych parafiach nie funkcjonuje instytucja katechumenatu, której celem jest wychowywanie ludzi do dojrzałości w wierze. Dlatego nie ma dojrzałych chrześcijan, są tylko niemowlęta w Chrystusie.

W jaki sposób dochodzi się do dojrzałości w  wierzę ? Jak to jest przedstawione w Biblii?  Biblia daje na to pyta nie odpowiedź negatywną i pozytywną.

Negatywnie Pismo "Święte stwierdza, że dojrzałość chrześcijańska nie jest dziełem człowieka. Nie jest to pro sty rezultat wysiłku i pracy nad sobą. Święty Paweł mówi, że dążność ciała prowadzi do śmierci, nie podporzadko wuje się bowiem Prawu Bożemu, ani nawet nie jest do tego zdolna (zob. Rz 8, 6-7). Człowiek naturalny więi. człowiek sam z siebie, nie jest zdolny do tego, żeby debil przemieni4^żeby stać się człowiekiem żyjącym według Ducha, to znaczy według miłości w wymiarze krzyża. Natura człowieka jest skażona i każdy przeżywa w sobie ten dramat, że chciałby zachować Prawo Boże, ale nie iest do tego zdolny. Święty Paweł jasno i dobitnie to opisuje: nie czynię tego^co chcę, ale czynię to, czego nienawidzę, stwierdzam wsobie to prawo, ze gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło (zob. Rz 7, i5nn.). To jesfpierwsza spra wa, o któreJmuStfhy pamiętać. Chciejmy także uświado mić sobie słabość, ograniczoność i niezdolność naszej natury do osiągnięcia własnymi siłami stanu dojrzałej wiary. A ciągle spotykamy się z pewnym dopingowaniem nas do wysiłku w tym kierunku: musisz mocno postano­wić sobie, musisz chcieć i wtedy na pewno dojdziesz do tego. A tymczasem to jest nieprawda.

Pozytywnie Pismo Święte, zwłaszcza Nowy Testament, mówi, że życie nacechowane miłością w wymiarze krzyża jest następstwem, konsekwencją wydarzenia, które od­mienia człowieka wewnętrznie, czyni go innym, nowym człowiekiem, stwarza w nim jakąś nową rzeczywistość, która go uzdalnia do rzeczy przedtem niemożliwych. To wydarzenie opisywane w wieloraki sposób w Biblii nazywa się na przykład „odrodzeniem z wysoka", czyli „odrodzeniem z Ducha Świętego", albo „ponownym stwo­rzeniem", „wskrzeszeniem z martwych w Jezusie Chrystu­sie". Opisując to odrodzenie, stworzenie czy wskrzeszenie, Paweł mówi, że człowiek nie jest już wtedy ten sam, ale że w nim przez wiarę żyje Chrystus, że przebywa w nim Duch Święty, który w jego wnętrzu jak gdyby poświadcza, że jest on dzieckiem Bożym. Te przemiany w człowieku Biblia wiąże z obmyciem wodą, czyli z chrztem świętym. Zewnętrzne obmycie wodą to znak pokonania śmierci i zniszczenia grzechu, który dotąd panował nad człowie­kiem i trzymał go w niewoli.

Od momentu chrztu zaczyna istnieć nowy człowiek, człowiek według Ducha, człowiek nawrócony, czyli właśnie dojrzały chrześcijanin. Przed chrztem istniał człowiek według ciała, ulegał zepsuciu na skutek zwod­niczych żądz. Ale przecież wszyscy ci chrześcijanie, o których mówiliśmy przed chwilą, że faktycznie żyją według ciała, a nie według Ducha, że bardzo daleko jest im do dojrzałości chrześcijańskiej, chrzest otrzymali, a nie widać w ich życiu przemiany. Trzeba sobie uświadomić, że Kościół nigdy nie nauczał, że chrzest automatycznie dokonuje przemiany człowieka. Nie mamy tu do czynie­nia z jakimś magicznym działaniem. Święty Paweł nawet wyraźnie zakłada, że mimo przyjęcia chrztu świętego we wnętrzu człowieka może nic się nie wydarzyć. „Wy jednak - mówi Święty Paweł - nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka" (Rz 8, 9a). Zwróćmy uwagę na słowa „jeśli tylko" - to jest warunek, który może się nie spełnić. Święty Paweł mówi dalej: „Jeżeli zaś ktoś nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy" (zob. Rz 8, 9b). Chrzest daje pew­ną szansę, pewną możliwość, ale bez wysiłku człowieka może on pozostać w nim martwy, nie objawiać żadnych skutków. .  /z książki  ks Blachnickiego od strony  29- do 33/

I Komunia i WYCHOWANIE Ks Drzewiecki

Tydzień Wychowania

 ks. Marek Studenski

Maryja - Wychowawczynią pokoleń

Konferencja dla rodziców, duszpasterzy i wychowawców z okazji VII Tygodnia Wychowania w Polsce

I str.Zaraz po wyborze na Stolicę Piotrowa papież Franciszek zawierzył swój ponty­fikat Maryi. Było to przekonujące świadectwo mówiące światu, że nowo wybrany papież jest czcicielem Matki Bożej. Szczególną czcią Ojciec Święty otacza obraz Santa Maria Desatadora de Nudos - obraz Matki Bożej Rozwiązującej Węzły. Na obrazie widać anioła, który trzyma wstęgę ludzkiego życia. Wstęga jest pełna węzłów - małych i wielkich. Są to nasze grzechy i powikłania życiowe. W centrum obrazu stoi Maryja i rozwiązuje jeden po drugim wszystkie węzły. W Jej rękach zaplątana wstęga zamienia się w nową nić, wolną od zawikłań. Papież Franciszek napisał: „Jej dłonie mają moc rozwikłać każdy węzeł życiowy - plątanina poddana próbom uporządkowania przez kogokolwiek innego niż Maryja, zapętla się jeszcze bardziej"1. Przeżywając kolejny Tydzień Wychowania, w który tym razem wpisuje się jubileusz trzechsetlecia koronacji wizerunku Matki Bożej Częstochowskiej koronami papieskimi, zawierzmy nić naszego życia osobistego i rodzinnego rękom Maryi. Zastanówmy się też, czego jako rodzice, wychowawcy i duszpasterze możemy nauczyć się od Matki i Wychowawczyni Syna Bożego.

Przenieśmy się do Kany Galilejskiej. Obecność Maryi na weselu w Kanie była bardzo potrzebna - przyczyniła się do pierwszego cudu Jezusa, ale dzięki niej stało się coś równie ważnego - między Jezusem a Jego uczniami nawiązała się całkiem nowa relacja. Jezus „objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie" (J 2,11). W sytuacji zainicjowanej przez Matkę Jezusa uczniowie rozwinęli z Nim więź opartą na wierze. Zachęceni świadectwem Ewangelii zaprośmy Maryję do na­szych rodzin i poprośmy, by pomogła nam pogłębić więź między nami a Jej Synem, a także umocnić nasze wzajemne relacje.

Z perspektywy całego życia człowieka najważniejsza jest relacja między nim jako dzieckiem a jego rodzicami. Brytyjski psycholog John Bowlby przedstawił w sposób systematyczny i opisał językiem nauki to, o czym praktyka i doświadcze­nie życiowe mówiły od wieków - przywiązanie dziecka do matki i ojca rzutuje w decydujący sposób na jego dorosłe życie. Jeżeli relacja dziecko-rodzice jest ufna  i daje dziecku poczucie bezpieczeństwa i pewności - to jako dorosły człowiek będzie ono w stanie żyć w dojrzały sposób i nawiązywać z innymi dojrzałe więzi.2 Decydujące znaczenie ma miłość rodziców, która charakteryzuje się                                                                                                                /I I strona/ trwałością; bliskość rodziców, ich dostępność emocjonalna i wrażliwość na sygnały dziecka.3 W sytuacji zaburzonej relacji z rodzicami, człowiek będzie traktował siebie jako niewart miłości, będzie przeżywał ciągły lęk przed odrzuceniem i nie będzie w stanie zaufać ludziom.4 Wróćmy do Kany Galilejskiej. Na samym początku opisu mającego tam miejsce wydarzenia ewangelicznego czytamy: „Była tam Matka Jezusa" {J 2,1). Zazwy­czaj czytając te słowa, przechodzimy dalej. Dziś jednak przez chwilę się przy nich zatrzymajmy. Obecność Matki Jezusa w Kanie Galilejskiej miała decydujące zna­czenie dla przebiegu całego zdarzenia. W wychowaniu nieodzowna jest obec­ność ojca i matki. Zdarza się coraz częściej, że ze względu na emigrację zarobko­wą w życiu dziecka brakuje obecności jednego lub obojga rodziców. W jednej z rodzin mała dziewczynka mogła kontaktować się z mamą pracującą za granicą jedynie przez Skype i widzieć ją na ekranie komputera. Pewnego dnia ktoś wszedł do pokoju i zauważył, że dziewczynka przytula komputer Zasadnicze znaczenie ma styl wychowania i panująca w domu atmosfera. Podstawową potrzebą dziecka jest doświadczenie bezpieczeństwa i pewno­ści. Bez zaspokojenia tej potrzeby w dzieciństwie dorosły człowiek nie jest w stanie dobrze funkcjonować, ma problemy z nawiązywaniem dojrzałych relacji z innymi, także w małżeństwie i z własnymi dziećmi. Więź z rodzicami wywiera znaczący wpływ na obraz Boga, a w związku z tym na relację z Bogiem, modlitwę, przeżywanie wiary. Wyjaśniając źródła głębokiej wiary i dojrzałej religijności dorosłego człowieka „należy przywołać dziecięce doświad­czenia bezpieczeństwa, szczęścia i pokoju, które są uświadomionym symbolem transcendentalnego wypełnienia wszystkich ludzkich pragnień. Ten bowiem, kto nosi w sobie dziecięce doświadczenie niezawiedzionego zaufania do życia, mimo spotykanych niepowodzeń, jest w stanie uwierzyć w szczęście wieczne, nabrać zaufania do Bożych obietnic, a przez to także do całej rzeczywistości"5.

Th. Williams w książce „Czy można zaufać Bogu?" relacjonuje historię nowojor­skiego prawnika, który przeprowadził ze swym dzieckiem straszny eksperyment Poprosił swego dziewięcioletniego synka, by stanął na krześle plecami do niego, a następnie z zamkniętymi oczyma wychylił się do tyłu, a on będzie go asekurował. Gdy chłopak umie wykonał polecenie, ojciec odskoczył na bok i syn spadł na ziemię, odnosząc obrażenia. Zapłakany chłopak zapytał: „Tato, dlaczego, dlaczego mi to zrobiłeś?", na co ojciec odpowiedział: „Przykro mi synu, ale najważniejszą lekcją, jaką musisz odrobić w życiu, jest ta, aby nikomu nie ufać. Nawet własnemu ojcu"6.

III Str Chodziło prawdopodobnie o to, żeby syn nauczył się samodzielności i starał się być samowystarczalny, a dzięki temu odporny na próby wykorzystania ze strony innych ludzi. Kiedy słyszymy o takim podejściu do wychowania, z pewnością budzi się w nas słuszny sprzeciw, zarówno, jeżeli chodzi o przyjęty cel wychowawczy, jak i metody. Popatrzmy na tę sytuację jednak szerzej. Nie trzeba aż tak wyrafinowa­nych, patologicznych metod, by u dziecka rozwinął się brak podstawowej umości wobec siebie i innych. Czego uczy swoje dzieci ojciec, który nadużywa alkoholu i nie daje oparcia swym najbliższym? Jakie postawy kształtują u dzieci rodzice, którzy nieustannie się kłócą, wprowadzając w domu, który powinien być najbezpieczniej­szym miejscem, atmosferę lęku i niepewności? Uczą właśnie tego, co chciał przeka­zać swemu synowi ów nowojorski prawnik - że w życiu nie można nikomu zaufać, nawet własnym rodzicom. I dodajmy - uczą tego w sposób skuteczny. Dziecko ze swoją wrażliwością i bezbronnością, żeby w ogóle przeżyć w takiej sytuacji, jest zmuszone rozwinąć w sobie mechanizmy obronne, wypierać swoje przeżycia, emocje. To wszystko już pozostaje i bardzo trudno usunąć je z późniejszego życia.

Celem naszych rozważań nie jest wywieranie presji na rodziców, by realizowali swoje zadania w sposób perfekcyjny, tak by udało im się uniknąć wszelkich niedociągnięć i błędów. Uświadomienie sobie przez rodziców roli, jaką mają do spełnienia w procesie kształtowania wnętrza swych dzieci i wpływu jaki wywierają na ich obraz Boga, nie może stać się mobilizacją do wynikających z lęku postaw wykluczających niedoskonałość i prawo do własnej słabości. Wiele racji ma P. Kociołek, zwracając uwagę na to, że w pewnym momencie ojciec powinien zainicjować „rozłożony na lata proces odczarowywania siebie, współgrający z dorastaniem dziecka do przyjmowania coraz trudniejszych prawd.

0 ile dość szybko i łatwo przyjmuje ono, że tata nie może przywrócić do życia ulubionego psa, o tyle zdecydowanie trudniej przyjdzie mu zaakceptować fakt, że ojciec należy do pracowników przeciętnie zdolnych i nie daje sobie rady w wa­runkach konkurencji rynkowej. Jeśli mężczyzna wejdzie w ten proces odważnie i wielkodusznie, to u jego kresu staną przed Bogiem razem z własnym synem lub córką jak dzieci wobec wspólnego Ojca. Odczarowywanie jest więc niczym innym jak odkrywaniem przed dzieckiem swego własnego dziecięctwa (...}. To w istocie droga zapowiadania Boga, na której wzorem jest św. Jan Chrzciciel: Idzie za mną mocniejszy ode mnie, a ja nie jestem godzien..."7.

Maryja na weselu w Kanie Galilejskiej inicjuje sytuację, w której para młoda, krewni i przyjaciele mogą doświadczyć działania Boga. Nie pomaga im swoją własną mocą, ale swym staraniem umożliwia im osobiste przeżycie Bożej obecności i działania. Pomyślmy, w jaki sposób dzisiejsi rodzice mogą ułatwić swym dzieciom, by doświadczyły obecności i działania Boga.                                                                                                                                                             IV str Czytając biografie świętych możemy się przekonać jak wielki wpływ na ukształtowanie ich dojrzałości w wymiarze ludzkim i chrześcijańskim mieli ich rodzice. Młoda dziewczyna - Zelia Maria myślała o życiu zakonnym, ale nie było jej dane zrealizować tego pragnienia ze względu na stan zdrowia. Mniej więcej w tym samym czasie do klasztoru augustianów położonego wysoko w Alpach na Wielkiej Przełęczy św. Bernarda zastukał Ludwik Martin, jego pobyt w klasztorze nie trwał jednak długo. Opatrzność Boża sprawiła, że drogi życiowe Marii i Ludwika w pewnym momencie się spotkały. Zawarli małżeństwo. Mieli dziewięcioro dzieci, z których czworo zmarło. Pięć córek zostało siostrami zakonnymi. Jedną z nich jest św. Teresa od Dzieciątka Jezus, doktor Kościoła. Dziś Zelia i Ludwik są wyniesieni na ołtarze i odbierają cześć jako święci.

Św. Teresa wspomina swojego tatę, zwracając uwagę, że to dzięki niemu jako dziewczynka po raz pierwszy odwiedziła klasztor karmelitański: „Każdego popo­łudnia szłam na przechadzkę z tatusiem; wspólnie nawiedzaliśmy Najświętszy Sakrament, wstępując codziennie do innego kościoła. Tak to weszłam po raz pierwszy do kaplicy Karmelu. Tatuś pokazał mi kraty chórowe mówiąc, że za nimi są zakonnice. Ani mi przez myśl przeszło, że za dziewięć lat będę między nimi..."Trudno powiedzieć, w jaki sposób opisana wizyta w Karmelu wpłynęła na późniejszą decyzję Teresy. Pozostanie to tajemnicą. Rodzice w ziemskim życiu nie zawsze dowiedzą się jak ich wysiłki zaprocentowały w życiu dzieci. Na tym polega piękno i tajemnica procesu wychowania - podejmować wysiłki i oddawać je Bogu, który daje wzrost i sam jest sprawcą tego, co w nas dobre.

Udział ojca w wychowaniu św. Teresy obejmował czas modlitwy, ale także radosne chwile wypoczynku: „Po przechadzce, (w czasie której tatuś kupował mi zawsze mały prezencik za drobne pieniążki), wracałam do domu; odrabiałam lekcje, po czym resztę czasu spędzałam w ogrodzie, skacząc obok tatusia, ponieważ nie umiałam bawić się lalką. Wielką radość sprawiało mi przyrządzanie herbatki z ziarenek i kory drzew znalezionych na ziemi; zanosiłam to potem tatusiowi w pięknej filiżaneczce, a biedny tatuś śmiejąc się przerywał swoje zajęcia i udawał, że pije. (...) Nie skończyłabym nigdy, gdybym chciała opowiedzieć tysiąc tego rodzaju szczególików, które tłumnie cisną się w mej pamięci... Jakże zdołam wypowiedzieć tę niezmierną czułość, jaką Tatuś otaczał swoją królewnę? Są rzeczy, które czuje serce, ale których ani słowo, ani myśl nawet nie są w stanie wyrazić...""                                                                                           V str Bardzo wymowne są słowa wiersza napisanego przez św. Teresę w dniu 25 sierpnia 1881 roku. Porównuje w nich swego ojca do Anioła Stróża:

Powiedziano mi, że Anioł Stróż

Dziecka nie opuszcza, jest jego największym wsparciem

Ponieważ zawsze u mego boku

W ten sposób czuwasz, się nie nużąc

Ojcze, ach! Z pewnością dla mnie

To ty jesteś moim dobrym Aniołem Stróżem f

Autor biografii św, Teresy, bp Guy Gaucher OCD nie ma wątpliwości, jak wielki wpływ na kształt jej świętości wywarł ojciec, św. Ludwik Martin. Świadectwo biografa Małej Tereski podkreśla wpływ ojca na kształtowanie obrazu Boga u dziecka: „Ojciec przez samą swoją obecność inspiruje pobożność dziecka. Niedzielna msza zajmuje ważne miejsce w tygodniu. Cała rodzina idzie do katedry Saint-Pierre, gdzie z radością spotyka się z rodziną Guerin. Wujek Izydor króluje w ławkach kolatorskich. Ale Teresa nie opuszcza swojego ojca i pozostaje ciągle u jego boku, nawet za cenę przesuwania w tym celu krzeseł. Częściej niż na kaznodzieję patrzyłam na tatę, jego piękna twarz mówiła mi tyle rzeczy!... Czasami jego oczy napełniały się łzami, które na próżno starał się powstrzymać, zdawało się, że już mu nie zależy na ziemi, tak bardzo jego dusza lubiła zagłębiać się w prawdach wieczystych.... Bardzo kochałam dobrego Boga.[Teresa], która miała już skłonność do odprawiania modlitwy myślnej w swoim pokoju, na wsi, otrzymuje pierwsze wtajemniczenia od swego ukochanego ojca: Wchodziliśmy, żeby wspólnie odbyć modlitwę i królewna była zupełnie sama przy swoim Królu, wystarczało, by na niego patrzyła, żeby wiedzieć, jak modlą się Święci."10

Zanim dziecko zacznie mówić i rozumieć znaczenie słów, chłonie panującą w domu atmosferę. Jest wrażliwsze i bardziej wyczulone na wpływ domowego klimatu niż starsze od niego osoby. Również później, gdy rozwija się dziecięca wyobraźnia i możliwy jest słowny kontakt z domownikami, dziecko znakomicie „czyta między wierszami". Georg Hansemann pisze: „0 czym myśli dwuletnie dziecko, kiedy matka modli się razem z nim? Prawdopodobnie nie myśli o niczym, tylko przeżywa coś. A to przeżywanie stwarza pierwsze więzy między naszym dzieckiem a Bogiem. Pierwsza modlitwa zapada głęboko w serce dziecka niez powodu jej słów, lecz z powodu tego właśnie przeżycia"                        VI str.Polecając, by gospodarze weselni wypełnili wszystkie polecenia Jezusa, Maryja jest przekonana, że Jego interwencja będzie skuteczna. Wie, że zabrakło wina, ale również wie, kim jest Jezus. Maryja uczy nas otwierania się na Boga i łaskę. Z drugiej strony mamy świadomość, że Maryja jest osobą refleksyjną, która „zachowuje wszystkie sprawy i rozważa je w swoim sercu" (Łk 2,19). jest kobietą krytyczną, twardo stąpającą po ziemi. Gdy dowiaduje się, że ma zostać matką, pyta anioła; „jakże się to stanie, skoro nie znam męża?" (Łk 1, 34). Matka Jezusa łączy więc w sobie ludzką dojrzałość - roztropność i racjonalne podejście do życia z bezgranicznym zaufaniem w potęgę Bożego działania. Gdy Jej Syn zgubił się w czasie pielgrzymki do Jerozolimy, od razu zaczyna działać - cały dzień poszukuje Go wśród pielgrzymów, a następnie wraca do Jerozolimy (Łk 2,44-45). Patrząc na Maryję widzimy jak potrafi łączyć ludzką zapobiegliwość i troskę z urną wiarą. Te dwie postawy, a właściwie jedna postawa łącząca ludzką dojrzałość i dojrzałą wiarę - zakładająca ludzki wysiłek i ufność w Bożą pomoc - to wa­runek skutecznego wychoY/ywania. Rodzice powinni korzystać z doświad­czenia wychowawców, pedagogów, a kiedy jest to potrzebne z pomocy psychologicznej i medycznej, łącząc te wysiłki z modlitwą i zawierzeniem swych dzieci Jezusowi i jak wielu z nich to czyni - Jego Matce. Odrzucenie jednego z wymienionych biegunów jest poważnym brakiem w formacji dzieci. Błąd popełniają rodzice niewidzący potrzeby korzystania z fachowej pomocy w przypadku trudności wychowawczych: „Nie potrzebujemy pomocy psychologa czy pedagoga, wiemy, co mamy robić i modlimy się za nasze dziecko". W takich przypadkach często przytacza się przykład analogicznej sytuacji dotyczące) problemu choroby fizycznej czy kontuzji, na przykład złamania nogi. Żaden człowiek kierujący się roztropnością nie założy, że noga zrośnie się sama, a on tymczasem będzie się modlił o odzyskanie zdrowia. Owszem - będzie się modlił - w intencji, by interwencja ortopedy okazała się skuteczna.

Warto w tym kontekście przypomnieć jeszcze jedno wydarzenie z dzieciństwa św. Teresy od Dzieciątka Jezus i jej sióstr. Teresa wspomina, że ojciec zabierał je na ryby. Pewnego razu, zauważając widocznie, że łowienie ryb nie za bardzo im wychodzi, „ojciec nadział dyskretnie na ich haczyki ryby, tak by córki myślały, że je złowiły". Była to dla nich wspaniała ekc zaufania Bogu: „Jakże dobry Bóg jest dobry dla tych, którzy Go miłują! (...); podobnie jak Tato, który pragnął, byśmy uwierzyły, że same złowiłyśmy te dziwne ryby, tak i Jezus zostawi nam z upodoba­niem całą chwałą ze zdobyczy, do których On tylko jest zdo y"l Dzięki tej lekcji z dzieciństwa Teresa zrozumiała, że nasze wysiłki są tylko otwieraniem się na Boże działanie. Za każdym naszym zwycięstwem stoi Bóg, który nas kocha i nie chce pozbawiać nas radości współdziałania z sobą. VII str.Dobry wychowawca jest wymagający. Maryja ną weselu w Kanie kieruje do usługujących konkretne polecenie: „Zróbcie wszystkć>, cokolwiek wam powie" (J 2,5). Dodajmy, że prośba została zrealizowana - służący napełnili stągwie „aż po brzegi" Q 2,7). Wychowawca jest konsekwentny w swych wymaganiach.

Jednym z piękniejszych tekstów o stylu, w jakim Maryja ze św. Józefem wycho­wywali Jezusa jest homilia bł. papieża Pawła VI wygłoszona w dniu 5 stycznia 1964 roku w Nazarecie: „0, jak bardzo pragnęlibyśmy powrócić na nowo do lat dziecin­nych i poddać się tej pokornej, a wzniosłej szkole nazaretańskiej! Jakbyśmy chcieli pod okiem Maryi uczyć się na nowo prawdziwej wiedzy o życiu i najwyższej mądrości praw Bożych!

Ale tylko przechodzimy tędy. Musimy się wyrzec tego pragnienia, aby tu się uczyć rozumienia Ewangelii, tej nauki, której właściwie nigdy nie ma końca. Zanim jednak stąd odejdziemy, musimy pośpiesznie i jak gdyby ukradkiem przyswoić sobie kilka krótkich pouczeń Nazaretu. Najpierw lekcja milczenia. (...) Jakże jest nam ona konieczna w naszym współczesnym życiu, pełnym niepokoju i napięcia, wśród jego zamętu, zgiełku i wrzawy. 0 milczenie Nazaretu, naucz nas skupienia i wejścia w siebie, otwarcia się na Boże natchnienia i słowa nauczycieli prawdy; naucz nas potrzeby i wartości przygotowania, studium, rozważania, osobistego życia wewnętrznego i modlitwy, której Bóg wysłuchuje w skrytości. Jest jeszcze i lekcja życia rodzinnego. Niech Nazaret nauczy nas, czym jest rodzina, jej wspólnota miłości, jej surowe i proste piękno, jej święty i nierozer­walny charakter. Uczmy się od Nazaretu, że wychowanie rodzinne jest cenne i niezastąpione i że w sferze społecznej ma ono pierwszorzędne i niezrównane znaczenie..." Sanktuarium Matki Bożej na Jasnej Górze nazywane jest polską Kaną. Wspomnieliśmy, że Ewangelista pisząc o godach w Kanie Galilejskiej zaznaczył, że „była tam Matka Jezusa" (J 2,1). To samo możemy powiedzieć o polskiej Kanie. Jest tam Matka Jezusa. Trwa wiernie przez wieki, towarzysząc swym dzieciom we wszystkich, także tych najboleśniejszych, chwilach dziejów naszej Ojczyzny.   Prośmy Maryję, Wychowawczynię pokoleń Polaków, by pomogła nam zrealizować to, o co modliliśmy się w czasie kolejnych Tygodni Wychowania: żebyśmy wszyscy włączyli się w wychowanie, byśmy znaleźli klucz do tego, jak wychowywać, żebyśmy wychowywali do prawdziwych wartości, by fundamentem procesu wychowania była prawda, by wychowanie prowadziło do rozwoju pełni człowieczeństwa i żebyśmy dzięki niemu stawali się miłosierni jak Ojciec. Przeżywając VII Tydzień Wychowania wszystkie poprzednie Tygodnie oddajmy w ręce najlepszej z matek.

Ks Bp o I Komunii sw

A może dojrzewamy do zupełnego przeformatowania pierwszej komunii? Do uroczystości indywidualnej, rodzinnej.

Przez parafie przetacza się fala uroczystości pierwszokomunijnych. Jak echo przetoczyła się przez facebooka fala komentarzy. No, nie przez całego facebooka, nie bądźmy zarozumiali; facebookowej większości to nie obchodzi. I to jest pierwsze wyzwanie - żeby obchodziło. No i - tu sprawa trudniejsza - żeby obchodziło na miarę głębi tajemnicy komunii, czyli zjednoczenia człowieka z Bogiem.

Stajemy wobec ogromnego wyzwania. Bo zjednoczenie człowieka z Bogiem to szczyty mistyki. A w pierwszej komunii mamy do czynienia z dziećmi. Bardzo różnymi dziećmi. No, ale jeśli było Betlejem, Kana Galilejska, rybacy w Kafarnaum, Golgota z krzyżem... I tyle innych, nieraz bardzo zwyczajnych sytuacji, to znaczy, że nie my jesteśmy rozgrywającymi w tej partii, a Bóg. Wyciągam z tego prosty wniosek: nie zatraćmy zwyczajności ani pierwszej, ani tysięcznej komunii. W zwyczajności wielkość Bożego daru baz wątpienia zostanie Jego wielkością.

A więc zwyczajność. Zwyczajność w liturgii, bo to jest środowisko każdej komunii, każdego sakramentu. Pierwszą komunię roku 2017 trzeba było zaczynać gdzieś w roku 2000. Oczywiście, upraszczam. Co chcę powiedzieć? To, że zakorzenienie w parafii, liturgii żywej, zgodnej z duchem i przepisami, przepojonej dobrą tradycją diecezjalną czy regionalną jest procesem trwającym wiele lat. To sprawa księży, wiernych, stabilności zespołów liturgicznych, współpracy z organistą, katechetami. To umiejętność doboru w ciągu całego roku dobrych tekstów spoza mszału - wstępów do mszy, wprowadzenia do czytań, wezwań modlitwy wiernych. Niektóre z powszechnie stosowanych nie spełniają nawet podstawowych oczekiwań zarówno zgodności z literą wprowadzenia do mszału, jak i kryteriów językowych (zwięzłość, prostota tekstu, jego rytmika). Równoległy problem to śpiew - repertuar, dostosowanie do treści liturgii, muzyczna poprawność. Jeśli przez cały rok „jakoś” to jest, to na pierwszokomunijnej uroczystości też „jakoś” to będzie.

Oprócz tekstów i śpiewu jest jeszcze poprawność ceremonii. Zawsze. Dla przykładu wskażę dwie nieprawidłowości. Celebrans wzywa „módlmy się”, a lektor maszeruje do ambony. Albo: zaczyna się modlitwa powszechna, a ministranci w tym czasie przynoszą do ołtarza kielich, rozkładają korporał, ustawiają czarę z chlebem i ampułki z winem i wodą. I mamy „przygotowanie przygotowania darów”. Robi to wrażenie, jakby pół minuty przerwy między jedną a drugą czynnością było niepotrzebną pustką. A takie małe pauzy są potrzebne, by całą akcję liturgiczną otulić spokojem. Spokojem odpoczynku, o którym pisał autor Listu do Hebrajczyków.

Wspominam o błędach i niedociągnięciach. Nie są one powszechne. Ale tam, gdzie są, kłują w oczy i stają się materiałem dla uszczypliwych, czasem napastliwych komentarzy. A jeśli nie ma poszanowania ducha i zasad liturgii (a może nawet ich znajomości), jeśli przez cały rok panuje bylejakość, to w mszy pierwszokomunijnej można się spodziewać kumulacji błędów i niestosowności. W takiej zwyczajności trudno spodziewać się mistyki. Oczywiście, nie wykluczam cudu, ale myślę, że nie powinniśmy swoją niefrasobliwością Pana Boga kusić.

A może dojrzewamy do zupełnego przeformatowania pierwszej komunii? Do uroczystości indywidualnej, rodzinnej. Wtedy, gdy dziecko przygotowane domową katechezą, szkolną nauką religii, udziałem w życiu parafii dojrzeje do tego dnia? Jedna z polskich diecezji takie zmiany zapowiadała - ciekawe, na ile one znajdują odbicie w parafialnych zwyczajach? Na pewno nie jest to łatwe. Myślę, że jednak możliwe. Zresztą, taki kierunek wskazał papież św. Pius X jeszcze w roku 1910, przytoczę stosowny fragment: „Troska o to, by dziecko wypełniło ciążący na nim obowiązek, dotyczący przykazania o spowiedzi i komunii, spada głównie na jego opiekunów, a więc na rodziców, na spowiednika, na nauczyciela i na proboszcza. Do rodziców zaś i ich zastępców oraz do spowiednika należy, według Katechizmu Rzymskiego, dopuszczanie dziecka do pierwszej Komunii świętej” [zobacz dekret Quam Singulari]. Papieski nakaz sprzed ponad stu lat wciąż nie może się przebić w naszych obyczajach. Mało tego, w niektórych diecezjach wiek bywa podnoszony.

Patrzę, jak podchodzą ze starszymi dzieci jeszcze „niekomunijne”, kładą paluszek na ustach, kreślę na ich czołach znak krzyża. Do niektórych mówię półgłosem: „Tobie to bym Pana Jezusa już dał”. Znam je, znam ich rodziny - wiem, że są przygotowane. I że nie dopuszczane do spełnienia się ich pragnienia, mogą do tego „krzyżyka” nawyknąć i kiedyś, gdy życie je omami, za komunią tęsknić nie będą. Czyj grzech to będzie?