CZYTANIA NA NAJBLIŻSZĄ NIEDZIELĘ 9.02.2020 r

(Iz 58, 7-10) 
Tak mówi Pan: "Dziel swój chleb z głodnym, do domu wprowadź biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziej i nie odwracaj się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!” Jeśli u siebie usuniesz jarzmo, przestaniesz grozić palcem i mówić przewrotnie, jeśli podasz twój chleb zgłodniałemu i nakarmisz duszę przygnębioną, wówczas twe światło zabłyśnie w ciemnościach, a twoja ciemność stanie się południem".

(Ps 112 (111), 4-5. 6-7. 8a i 9) 
REFREN: Wschodzi w ciemnościach jak światło dla prawych

On wschodzi w ciemnościach jak światło dla prawych,
łagodny, miłosierny i sprawiedliwy.
Dobrze się wiedzie człowiekowi, który z litości pożycza
i swoimi sprawami zarządza uczciwie.

Sprawiedliwy nigdy się nie zachwieje
i pozostanie w wiecznej pamięci.
Nie przelęknie się złej nowiny,
jego mocne serce zaufało Panu.

Jego wierne serce lękać się nie będzie.
Rozdaje i obdarza ubogich,
jego sprawiedliwość będzie trwała zawsze,
wywyższona z chwałą będzie jego potęga.

(1 Kor 2, 1-5) 
Bracia, przyszedłszy do was, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością, głosić wam świadectwo Boże. Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej.

Aklamacja (J 8, 12) 
Ja jestem światłością świata, kto idzie za Mną, będzie miał światło życia.

(Mt 5, 13-16) 
Jezus powiedział do swoich uczniów: "Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też lampy i nie umieszcza pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciła wszystkim, którzy są w domu. Tak niech wasze światło jaśnieje przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie".

ROZWAŻANIA DO CZYTAŃ

OREMUS

Najgłębsza ciemność w ludzkim sercu to egoizm i nieczułość. Czynią one człowieka więźniem duchowych mroków, nawet jeśli błyszczy on słowem i mądrością. Jezus Chrystus, umierając za nas na krzyżu, zapalił ogień miłości, zdolny rozproszyć wszelką ciemność. Stał się dla nas wcieloną troską i miłosierdziem Boga. Blask bijący od krzyża rozprasza mroki naszego egoizmu, życia dla siebie, i wypełnia nasze serca miłosierną miłością. Sprawia że światło jaśnieje w ciemnościach, a ciemność staje się południem.

Wojciech Jędrzejewski OP, "Oremus

Pierwszy pustelnik z naszej Archidiecezji Warszawskiej

Pierwszy pustelnik z Warszawy. Ks. Michał Dłutowski wybudował erem

Nie ma długiej brody, połatanego habitu i nie żywi się korzonkami. Ale ma mnóstwo czasu dla Stwórcy, którego szuka na odludziu, w wybudowanej przez siebie Pustelni Boga Ojca Miłosierdzia.

Ks. Michał Dłutowski na skraju Puszczy Białej wybudował sobie erem. - Jestem w tym miejscu, aby wypraszać przebłaganie za grzechy, jakimi obrażany jest Bóg. Szczególnie modlę się za ojczyznę naszą, aby - jak przysięgał cały naród Polski - była rzeczywistym królestwem Jezusa Chrystusa i Maryi - mówi ks. Michał.

Erem ma 4 metry szerokości i 7 długości, łącznie z kaplicą, kuchnią i sypialnią. Projekt wykonał i zrealizował ks. Michał, murarz pomagał mu jedynie w cięższych pracach. Ksiądz Michał osobiście tynkował ściany swojej pustelni. Wewnątrz wszystko jest z drewna. Na tabernakulum wyrzeźbił w brązie oblicze Chrystusa.

Jesienią wokół pojawiły się czereśnie, śliwy, jabłonie, borówki. Ale idzie wiosna, więc ks. Michał pomyśli o warzywach. Z kapłana urodzonego w tętniącej życiem Warszawie stara się zmienić w pustelnika, który szuka Boga w prostocie modlitwy i trudzie pracy.

Nie chce uciekać od świata, ale znaleźć do niego odpowiedni dystans. Wie, że potrzeba gigantycznej modlitwy: za ojczyznę, dzieci, młodzież, rodziny, o pokój, za Kościół

Długo szukał swojego miejsca. Przez 11 lat kapłaństwa ks. Dłutowski rozmyślał, do czego powołuje go Bóg, choć do Wyższego Metropolitalnego Seminarium Duchownego św. Jana Chrzciciela wstąpił już po dojrzałym rozeznaniu. Miał za sobą liceum zawodowe i wyuczony zawód grawera złotnika. W kieszeni był też dyplom Akademii Sztuk Pięknych i dobrze zapowiadająca się kariera rzeźbiarza. Jeszcze w czasie studiów wygrał konkurs na pomnik Jana Pawła II w Ożarowie Mazowieckim. Wtedy też działał w Duszpasterstwie Akademickim św. Anny, gdzie pomagał w organizacji pielgrzymek do miejsc kultu św. Faustyny. Sztuki uczył przez rok w Gimnazjum na Targówku, ale w 2003 r. upomniał się o niego Pan Bóg.

Przekraczając progi seminarium, podjął też studia na PWT z teologii duchowości. Święceń kapłańskich udzielił mu 5 lat później metropolita warszawski abp Kazimierz Nycz. Jego drugą placówką była parafia św. Józefa na Kole. Krzewiąc kult Bożego Miłosierdzia, także w kolejnych parafiach, publikował zeszyty poświęcone objawieniom św. s. Faustyny, inspirował powstawanie grup modlitewno-pokutnych „Misja św. Faustyny” i Domowych Ognisk Miłosierdzia.

Pośród kapłańskich obowiązków z niemałym trudem znajdował jeszcze czas na rysowanie i malowanie, czego pokłosiem była m.in. wystawa grafik „Poszukiwanie Oblicza”. Tytuł zawierał w sobie coś więcej niż opis zawartości plansz z wizerunkami Chrystusa. 15 grafik tłumaczyć miały słowa Psalmu 143: „Nie ukrywaj przede mną swojego oblicza, bym się nie stał podobny do tych, którzy schodzą do grobu”.

„Inspiracją dla mnie był Jezus Chrystus, którego oblicza wciąż szukam. Jednocześnie do końca, tak jak bym pragnął, nie znajduję. Wiem, że tu, na ziemi, poznajemy tylko częściowo. To oblicze jest życiem i zbawieniem, Bogiem i człowiekiem, świętością oraz nieskończonością, a nade wszystko źródłem szczęścia w przerażającej pustce życia bez Boga” 

Pierwszy pustelnik z Warszawy. Ks. Michał Dłutowski wybudował erem

Nie ma długiej brody, połatanego habitu i nie żywi się korzonkami. Ale ma mnóstwo czasu dla Stwórcy, którego szuka na odludziu, w wybudowanej przez siebie Pustelni Boga Ojca Miłosierdzia.

W tym czasie skończył doktorat z teologii duchowości na temat bł. Michała Sopoćki. Jeszcze jako student ASP pielgrzymował z Jasnej Góry do Łagiewnik. Pod Krakowem, w Ojcowskim Parku Narodowym, zafascynowało go Grodzisko z pustelnią bł. Salomei Piastówny, zmarłej w 1268 r. dziewicy, która wyżej ceniła pokorne kroczenie drogą rad ewangelicznych niż zaszczyty świata. Michał Dłutowski odwiedził też erem św. Andrzeja Świerada w Tropiu nad Dunajcem koło Czchowa. Benedyktyna, jednego z pierwszych świętych polskich, który po ukończeniu 40 lat poprosił o zgodę na życie pustelnika. Myśl o radykalnej formie życia poświęconego jedynie Bogu towarzyszyła więc ks. Michałowi od pierwszych chwil kapłaństwa.

– Marzyłem o pustelni w górach i horyzoncie oddalonym o 40–50 kilometrów. Ostatecznie jednak wybrałem inne miejsce: w sercu Puszczy Białej kupiłem kawałek ziemi, częściowo zalesionej i za zgodą ordynariusza we wrześniu ubiegłego roku rozpocząłem życie pustelnicze. Na razie to etap duchowego rozeznawania, ale muszę powiedzieć,
że to odosobnienie już stało się bardzo bliskie mojemu sercu – mówi ks. Dłutowski.

Decyzja zbiegła się z kłopotami, które zmusiły go do wzięcia w szkole, gdzie katechizował, rocznego urlopu dla poratowania zdrowia. Na wsi ataki astmy stały się rzadsze, przestały dokuczać zatoki. Ale przede wszystkim ks. Michał ma więcej czasu na modlitwę. Dla kogoś, kto stale żył wśród przyjaciół, w swoistym zgiełku i pośpiechu, odejście na pustynię może być ożywcze, twórcze, tworzy przestrzeń dla głębszej refleksji. Także dla kapłana, który w duszpasterstwie doskonale się odnajdował. Z tego też powodu ks. Michał nie zamyka za sobą jeszcze drzwi. Czuje, że ta forma kapłańskiego życia go zmienia. Na lepsze.

Miejsce wybrał nieprzypadkowe. 70 km od Warszawy, na skraju sosnowego lasu, wśród pól. Kilkaset metrów dalej 110 lat temu, według wielu naocznych świadków, miały miejsce prywatne objawienia maryjne. Zmarły niedawno bp Stanisław Stefanek, biskup łomżyński, ustanowił tu sanktuarium Matki Bożej Osuchowskiej z czczonym wizerunkiem

Życie pustelnicze nie spotyka się jednak ze zrozumieniem wszystkich, choć to najstarsza forma życia poświęconego Bogu. Niektórzy myślą, że pustelnik żyje w odosobnieniu jak w więzieniu. Za karę albo za nie wiadomo jakie grzechy. Owszem, pokuta jest wpisana w pustelnicze życie. Ale pragnienie wejścia w kontemplację, bycia sam na sam z Bogiem jest czymś o niebo większym. Przecież sam Jezus przebywał na pustyni. Anachoretami (z gr. wycofać się, oddalić) byli prorok Eliasz, Jan Chrzciciel i św. Hieronim, który zdecydował się wyjść ze zgiełku, by w grotach betlejemskich przetłumaczyć Biblię na siedem języków.

Życie pustelnicze rodziło się jako nowa forma męczeństwa w chwili, gdy chrześcijaństwo nie musiało już chronić się w katakumbach. Na przełomie wieków III i IV wielu prostych ludzi, w proteście przeciwko zeświecczeniu chrześcijaństwa, udawało się do Egiptu, by w ten sposób naśladować Mistrza. Stamtąd eremityzm wędrował w świat i stał się przyczynkiem dla powstawania pierwszych zakonów, również na ziemiach polskich, czego przykładem jest żywot św. Andrzeja Świerada, nauczyciela św. Benedykta, męczennika. Sławnymi pustelnikami byli Jan z Dukli, Szymon Słupnik i św. Brat Albert, którego pustelnię można obejrzeć na Kalatówkach.

Po Soborze Watykańskim II wprowadzono instytucję pustelnika do Kodeksu prawa kanonicznego, nadając tej formie życia status życia konsekrowanego. Kodeks przewiduje, że „za pustelnika [uznaje się] osobę poświęconą Bogu w życiu konsekrowanym, jeśli poprzez ślub albo inne święte więzy zobowiązuje się publicznie wobec biskupa diecezjalnego do praktykowania trzech rad ewangelicznych i pod jego kierownictwem zachowuje właściwy tryb życia”, czyli „przez surowsze odsunięcie się od świata, milczenie odosobnienia, gorliwą modlitwą i pokutą poświęcają swoje życie na chwałę Boga i zbawienie świata”. Pustelnik winien mieć własną regułę życia, czyli statut osobowy przez siebie napisany oraz zaaprobowany i pobłogosławiony przez biskupa diecezjalnego. Paradoksalnie łatwiej zostać pustelnikiem osobie świeckiej lub zakonnikowi.

Pierwszy pustelnik z Warszawy. Ks. Michał Dłutowski wybudował erem

Nie ma długiej brody, połatanego habitu i nie żywi się korzonkami. Ale ma mnóstwo czasu dla Stwórcy, którego szuka na odludziu, w wybudowanej przez siebie Pustelni Boga Ojca Miłosierdzia.

- Decyzja, aby podjąć życie pustelnicze, łączy się z pragnieniem towarzyszenia Jezusowi. Momentem szczególnej uwagi oraz adoracji i naśladowania jest modlitwa Jezusa do Boga Ojca. Jezus modlił się, kiedy był na pustkowiu lub w górach. Pustelnik jest też tą osobą, która szczególnie chce być z Jezusem w chwilach Jego męki. Ma czas i powołanie do tego, aby bardzo wnikliwie i dogłębnie rozważać każdy szczegół cierpień Syna Bożego i wynagradzać za to, że został zdradzony, odrzucony oraz umęczony i zabity - podkreśla ks. Michał Dłutowski.

Widzialnym znakiem konsekracji pustelnika jest zatwierdzony przez biskupa w jego diecezji odpowiedni strój pustelniczy, za nazwiskiem może on używać skrótu OVE (ordo vitae eremiticae). Swój charyzmat konsekrowany pustelnik realizuje, praktykując trzy rady ewangeliczne, żyjąc samotnie w nieustannej modlitwie i pokucie. Może też udzielać duchowych porad proszącym o nie, a kapłan – udzielać sakramentów. Zobowiązany jest zapewnić sobie mieszkanie w pustelni, zabezpieczyć środki utrzymania poprzez własną pracę.

Księdzu Michałowi przyda się rzeźbiarski talent. Właśnie skończył figurkę uśmiechniętej Matki Bożej Leśniowskiej Opiekunki Rodzin, teraz kształty uzyskuje półmetrowa rzeźba Chrystusa Frasobliwego. Modele powstają z plasteliny lub gliny, następnie odlewane są w utwardzonym gipsie lub betonie. Marzą mu się liczne zamówienia na rzeźby.

– Nie uciekam przed światem, ale chcę pójść za ewangelicznym skarbem, największą perłą, dla której warto wszystko oddać. Samotność może stać się drogą do odkrycia samotności Jezusa na krzyżu. Czy to się uda? Bóg raczy wiedzieć. Ale mam nadzieję, że w Osuchowej usłyszę Go wyraźniej, sercem.

EGZORCYZM i ostrożność mówią Ks Bp.

Biskupi zalecają ostrożność

Źródło

Biskupi podjęli temat posługi egzorcystów w Kościele w Polsce.

Podziękowali za trud tej odpowiedzialnej misji. Zwrócili też uwagę na niektóre zagrożenia związane z tą posługą. Zachęcili do zachowania dużej roztropności przy wprowadzaniu modlitw o uzdrowienie w czasie Mszy św. Powołali też zespół do opracowania wskazań dla pracy egzorcystów”. Tak brzmi ostatni, czwarty punkt komunikatu wydanego po sesji Rady Biskupów Diecezjalnych. Odbyła się ona na Jasnej Górze 26 sierpnia, a więc tuż po dyskusji wywołanej blokiem publikowanych przez nas tekstów „Egzorcyści celebryci” („TP” nr 33). 
Przestrzegaliśmy w nim m.in., że egzorcyzmowanie „na wszelki wypadek” (bez zalecanej konsultacji psychiatrycznej) uczestników licznych w Polsce tzw. Mszy o uzdrowienie może nie być obojętne dla psychiki nieprzygotowanych na taką modlitwę osób. Wbrew propagowanej tu i ówdzie tezie, że modlitwa nie może zaszkodzić – nie jest ona przecież cudownym zaklęciem. Co z tego, że egzorcysta ma dobre intencje, skoro może mieć do czynienia z osobą znajdującą się w specyficznej psychologicznie sytuacji, o której nie będzie miał pojęcia? Dlatego roztropność jest tu jak najbardziej wskazana. Cieszy także zapowiedź bardziej szczegółowego unormowania pracy egzorcystów. Pozwoli to na pewno bardziej skutecznie wykorzystywać ich wartościową pracę.

Fakt, że biskupi zajęli się tym tematem, daje powód do nadziei, że zatamują negatywną tendencję w duszpasterstwie bazowania przede wszystkim na lęku, którą w ostatnich latach dostrzegam coraz bardziej. Przed taką pokusą staje dzisiaj wielu duszpasterzy. Ewolucyjnie jesteśmy tak skonstruowani, że nasze mózgi szybciej i silniej reagują na negatywną informację. Strasząc, łatwiej zatem panować nad emocjami ludzi – także emocjami religijnymi. W ostatecznym rozrachunku jest to duszpasterska ślepa uliczka.

Egzorcysta"? Wolę czytać o Jezusie

KOŚCIÓŁ 

KOMENTARZE

Janusz Poniewierski

Kilka dni temu wpadł mi w ręce pierwszy numer miesięcznika "Egzorcysta". Przeczytałem go od deski do deski − i nie mogę po tej lekturze dojść do siebie. Zanim wyjaśnię powody tego stanu, powiem od razu, że pojawienie się "Egzorcysty" na polskim rynku wydawniczym uważam za przedsięwzięcie bardzo udane. Udane jednak przede wszystkim ze względów finansowych − niekoniecznie zaś duszpasterskich.

Jest w tym piśmie kilka rzeczy interesujących, np. daleki od taniej sensacji i prezentowany już na portalu DEON.pl wywiad z ks. Andrzejem Grefkowiczem (moje wątpliwości budzi jedynie wiązanie bioenergoterapii czy niekonwencjonalnych metod leczenia z przekraczaniem pierwszego przykazania Dekalogu), a także bardzo pożyteczny opis acedii, duchowego zniechęcenia, depresji dopadającej ludzi na życiowym półmetku (Grzegorz Górny, Demon południa). Oba te teksty z powodzeniem mogłyby się ukazać gdzie indziej - np. w "Liście" - i, moim zdaniem, byłyby tam na swoim miejscu. Bo - razem z artykułami pokazującymi inne wymiary chrześcijańskiego życia - tworzyłyby jakąś harmonijną całość i składałyby się na wielce złożony i różnorodny obraz świata. Niestety, w "Egzorcyście" tej właśnie harmonii brakuje. Przeciwnie, jest dysharmonia: przesadna i pełna lęku koncentracja na istnieniu i działalności diabła.

Oczywiście, już we wstępniaku pojawia się zapewnienie, że choć "Szatan istnieje, jednak to nie on, lecz Chrystus jest fascynujący", a (to z kolei cytat z artykułu ks. Guzowskiego) "historia zbawienia zna tylko jednego zwycięzcę - Jezusa Chrystusa". Jednakże orędzie to wypada dość blado na tle całego numeru "Egzorcysty" - miesięcznika wyraźnie demonologicznego, a nie chrystologicznego. Swoją drogą, fakt, że na takie pismo jest (bo chyba jest) popyt, zaś np. magazyn "Jezus żyje!" nie znalazł w Polsce - inaczej niż w laickiej Francji (!) - dostatecznej liczby czytelników, to w moim przekonaniu sygnał dość niepokojący, jeśli chodzi o kierunek, w jakim zmierza dziś polska religijność.

Żeby uniknąć nieporozumień: wierzę w istnienie "ojca kłamstwa", który "jak lew ryczący krąży, szukając kogo pożreć" (por. 1 P 5, 8). Wiem, że zdarzają się tajemnicze przypadki opętań. I - również z własnego doświadczenia - znam słodki głos kusiciela i jego strategię, tak przejmująco opisaną choćby przez C.S. Lewisa w książce "Listy starego diabła do młodego". Niemniej trudno mi zachować spokój wobec pewnych tez stawianych przez "Egzorcystę".

Redaktorzy i niektórzy (!) autorzy tego pisma zachowują się bowiem tak, jakby wierzyli w magię à rebours. Oto bowiem, ich zdaniem, można otworzyć diabłu drzwi do swego wnętrza nie tylko wtedy, gdy nienawidzi się drugiego człowieka i zaczyna żyć tak, jakby Boga nie było (o tym akurat w piśmie jest zdecydowanie za mało), ale i wtedy, gdy - choćby nieświadomie - zawiesza się na szyi jakiś dziwny wisiorek czy słucha "złej" muzyki, nawet jeśli nie rozumie się tekstu (np. "Imagine" Lennona albo "Atom Heart Mother" zespołu Pink Floyd).

Jeszcze bardziej zdumiewające są opisane tu przykłady opętań. Oto np. przypadek 60-letniej kobiety - "wyjątkowo trudny, uznany za jeden z najcięższych, z jakimi rzymscy egzorcyści mieli do czynienia. Modlitwy trwały już od czterdziestu lat. Jak doszło do tak silnego opętania? (…) [Okazało się, że] ona jeszcze jako nienarodzone dziecko została przeklęta przez swoją matkę, gdy tej nie udał się zabieg aborcyjny".

Przepraszam, ale dla mnie bluźniercza jest wizja Boga zezwalającego na opętanie niewinnego dziecka z tego powodu, że jeszcze przed narodzeniem przeklęła je matka (pytanie zresztą, co to znaczy "przeklęła": może była wtedy przerażona i zrozpaczona?).

Znajomi, których poprosiłem o przejrzenie pisma, mówili mi potem, że w czasie jego lektury budził się w nich paniczny lęk. Zamiast wiary w Jezusa Miłosiernego, "Zwycięzcę śmierci, piekła i szatana", pojawiał się strach, czy aby na pewno nigdy nie wpuścili szatana do swego serca. I nie chodziło im wcale o grzech śmiertelny, ale o… breloczek z "okiem Proroka", posążek Buddy na półce, ćwiczenia jogi i homeopatię, o ulubioną muzykę (bo przecież nie wiadomo, czy jej twórca nie pozostawał pod wpływem Złego), kupowanie dzieciom kolejnych tomów "Harry’ego Pottera" albo też nieopatrznie rzucone słowo (w rodzaju: "idź do diabła"). Co gorsza, ów lęk był tak silny, że czasem trwał mimo modlitwy, lektury Pisma, a nawet Komunii świętej.

W cytowanym numerze "Egzorcysty" ks. Andrzej Grefkowicz mówi, że "niektóre publikacje [na temat Złego, ale pisane z katolickiego punktu widzenia] mogą być wprost szkodliwe". Trudno się z tym nie zgodzić.

Boża Ręka

Setna rocznica urodzin Chiary Lubich jest okazją do przypomnienia, że wielkie dzieła rozpoczynają się zazwyczaj od skromnych środków.Bez kamer, świateł, dziennikarzy. W przypadku focolarinów była to wręcz piwnica, w której młode dziewczęta dotknięte kataklizmem wojny (bombardowano wówczas Trydent, w którym mieszkały) zadały sobie pytanie, czy jest na tym świecie coś trwałego, nieprzemijającego, pewnego. I choć sto procent młodych zagubionych ludzi nieustannie zadaje pytania tego typu, Chiarze i jej towarzyszkom udało się odkryć skarb. Dzieło Maryi, które zapoczątkowały, znane jest przede wszystkim jako ruch na rzecz pokoju i jedności w świecie. Mniej osób wie, że jednym z fundamentów tej duchowości jest umiłowanie krzyża, a dokładniej rzecz ujmując – umierającego na nim Jezusa, który modli się: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?”. W jednym ze swoich pierwszych listów, adresowanym do pewnego zakonnika, Chiara napisała: „Ojcze, proszę dostrzec w swoim życiu działanie Bożej Ręki. Właśnie wtedy, kiedy Ojciec czuł się najbardziej opuszczony, Jezus stawiał fundamenty, aby później, na nicości, zbudować Dom – Siebie Samego”. Szczerze mówiąc, kiedy zdałem sobie sprawę, jak młoda była autorka tych słów, poczułem wstyd. Mądrość, jaką zapisała, pasowałaby raczej do kogoś bardziej posuniętego w latach. Ale tak to czasami bywa w kontakcie ze świętymi. Człowiek się wstydzi.

Boża ręka na okładce tego numeru „Gościa Niedzielnego” trzyma obrączkę. Nie przez przypadek jest to ręka przybita do krzyża. Żyje na tym świecie wiele osób, które ślubowały Panu Bogu. Najczęściej myślimy w tym kontekście o siostrach i braciach zakonnych, mnichach i mniszkach, zakonach mniej czy bardziej czynnych, żyjących tak radykalnie odmiennie od pozostałej części ludzkości, że aż niezrozumiałych. Tymczasem biskup Jacek Kiciński, przewodniczący Komisji ds. Życia Konsekrowanego i Stowarzyszeń Życia Apostolskiego Konferencji Episkopatu Polski, twierdzi, że można obecnie zaobserwować ogromny rozwój takich form życia konsekrowanego, które są jakby wtopione w świat. Chodzi mu na przykład o konsekrowane dziewictwo, wdowieństwo, lecz również o wspólnoty, które mają charakter kontemplacyjno-czynny. Różnorodny to świat, połączony wspólnym mianownikiem: jego mieszkańcy poślubili Boga.

Wracając do Chiary, której proces beatyfikacyjny trwa – napisała ona kiedyś bardzo osobistą notatkę. Padły w niej słowa, że dwie rzeczy powinna zachować w tajemnicy: „Miłość, bo jest miłością, którą On mnie kocha, a cierpienie – bo jest miłością, którą ja Go kocham”. Jakie to proste i jakie odkrywcze zarazem. Tak to ze świętymi jest – powtórzę: odkrywają przed innymi najprostsze prawdy przede wszystkim dlatego, że nimi żyją. A droga życia konsekrowanego jest, jak to ujął biskup Jacek (zakonnik skądinąd), swego rodzaju prowokacją wobec świata, sprawianiem, że ten świat zaczyna zadawać pytania. Drodzy konsekrowani i konsekrowane, niech mi to będzie wolno powiedzieć w imieniu reszty Kościoła: dziękujemy, że jesteście!•

ŚW JAN BOSKO

św. Jan BoskoMG-GOŚĆ

Wilki zmieniał w owce, miał dar bilokacji i prorocze sny, a pies znikąd ratował mu życie

Po Bogu najbardziej kochał młodzież. Jest jednym z najciekawszych świętych.

Jan Bosko to jeden z najbardziej barwnych świętych, jakich znam. W dniu jego kanonizacji w Wielkanoc 1934 r., „papież Pius XI był wyraźnie rozbawiony tym, że poirytowany kapelmistrz orkiestry watykańskiej na Dziedzińcu św. Damazegonie mógł dać znaku do rozpoczęcia gry, ponieważ rozentuzjazmowana młodzież salezjańska nie ustawała w śpiewach i wznoszeniu okrzyków. <<Cierpliwości, maestro - uspokajał go papież - przecież jesteśmy w oratorium niedzielnym!>>” (Spotkać księdza Bosko, Giuseppe Ghiberti). Już samo to mówi wiele o tym świętym wychowawcy młodzieży.

W dniu jego kanonizacji papież był wyraźnie rozbawiony

Jan Bosko urodził się 16 sierpnia 1815 roku w Becchi, zmarł 31 stycznia 1888 roku. Jego rodzice byli wieśniakami. Jego tata Franciszek zmarł, gdy chłopiec miał dwa lata. Janek bardzo to przeżył, we Wspomnieniach pisze, że nie chciał opuścić pokoju. Jego mama Małgorzata musiała w tym momencie zająć się nie tylko Jankiem, ale jeszcze dwójką pozostałych synów i chorą teściową. Jednak nigdy nie traciła wiary w Opatrzność Bożą. To od niej przyszły święty uczył się zaufania do Boga. Małgorzata /mama swiętego/ często powtarzała chłopcom, że „Bóg ich widzi, ale także widzi ich czyny”. Zwracała też uwagę na dzieło Stwórcy. „Kiedy podczas pięknych nocy wszyscy wychodzili na dwór, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza pod pokrytym gwiazdami, otwartym niebem, mówiła do nich:<<To Bóg stworzył świat i umieścił wszystkie te gwiazdy tam, na niebie>>” (Rozmowy o księdzu Bosko, Teresio Bosco).


Zabierz modlitwę na wakacje

Bosko przesiąknięty był też kultem maryjnym. Trzy razy w ciągu dnia odmawiał Anioł Pański. W wieku 9 lat miał sen, który zdecydował o jego przyszłości. Opisuje go szczegółowo w swoich Wspomnieniach oratorium. Śniło mu się, że był na łące koło domu. Widział bawiących się chłopców, ale część z nich przeklinała. Chciał ich uciszyć. Wtedy zjawił się przed nim mężczyzna w białym płaszczu. „Będziesz musiał pozyskać ich przyjaźń dobrocią i miłością, a nie pięściami. No, porozmawiaj z nimi, że grzech to brzydka rzecz, i że przyjaźń z Panem jest cennym dobrem”. Janek stwierdził, że jest niewykształcony. Mężczyzna powiedział, że da mu Mistrzynię za przewodniczkę. Po chwili chłopiec ujrzał piękną Panią. Gdy ponownie spojrzał na chłopców zobaczył tam dzikie zwierzęta. Wtedy Maryja zwróciła mu uwagę, że to będzie jego pole, na którym będzie pracować. Spojrzał jeszcze raz i zamiast dzikich zwierząt ujrzał łagodne jagniątka. Po latach zrozumiał znaczenie tego snu. Od tej pory Maryja wkroczyła w jego życie jeszcze bardziej i już w nim pozostała. Wszystkie swoje późniejsze decyzje zaczynał od modlitwy „Zdrowaś Mario”.

Pragnienie zostania księdzem zaczęło kiełkować w Janku wcześnie. Chciał być księdzem, który będzie dla dzieci, młodzieży. Zastanawiał się przez chwilę czy nie iść do zakonu, ale sen, w którym usłyszał „- Szukasz pokoju, ale tu go nie znajdziesz. Nie widzisz, jak postępują twoi bracia? Bóg przygotowuje dla ciebie inne miejsce, inne pole do pracy” i list znajomego księdza przekonały go, by iść do seminarium. Przed odjazdem mama Małgorzata przypomniała mu, że od początku poświęciła go Matce Bożej, zaleciła mu, by teraz oddał się jej całkowicie

Zmiana tekstu modlitwy "Ojcze nasz" we włoskim Mszale

 Gość Niedzielny W nowym wydaniu Mszału rzymskiego w języku włoskim, który zostanie opublikowany 12 kwietnia, zmieniono fragment modlitwy „Ojcze nasz”. Prośbę: „nie wódź nas na pokuszenie” zastąpiono tłumaczeniem: Nie opuszczaj nas w pokusach”. Biskupi włoscy już kilka lat temu omawiali ten temat, aby jak najlepiej przetłumaczyć oryginał. Sprawa jest tym delikatniejsza, że już jako małe dzieci uczymy się mówić: „nie wódź nas na pokuszenie” i jesteśmy do tego bardzo przyzwyczajeni.

Głos w tej sprawie zabrał także papież Franciszek, który tłumaczy: „To człowiek upada, a nie Bóg wrzuca nas w pokusy, aby potem zobaczyć, jak upadliśmy. Dobry ojciec tak nie robi, pomaga natychmiast się podnieść. Tym, który wodzi nas na pokuszenie, jest szatan, to jego robota. A sens tej prośby z modlitwy «Ojcze nasz» jest taki: kiedy szatan wodzi mnie na pokuszenie, proszę Cię, Ojcze, podaj mi rękę”.

Odmawianie nowej wersji modlitwy „Ojcze nasz” we włoskich kościołach zacznie obowiązywać od I niedzieli Adwentu tego roku, a więc 29 listopada. Wcześniej będą dostępne pisma i broszury wyjaśniające oraz pomagające wiernym w przyjęciu nowej wersji tłumaczenia.

Arcybiskup Chieti-Vasto we Włoszech wskazuje, dlaczego terminu "na pokuszenie" nie można rozumieć jako zwykłej próby, którą zsyła na nas Pan.

„Jedną rzeczą jest próba w rozumieniu generalnym, a drugą słowo znajdujące się w modlitwie «Ojcze nasz», które jest takie samo jak to użyte w Ewangelii św. Łukasza w odniesieniu do pokus, które miał Jezus. One były prawdziwymi pokusami. Nie chodzi więc zwyczajnie o jakąkolwiek próbę życiową, ale o prawdziwe pokusy. To coś lub ktoś, kto zachęca nas do czynienia zła, albo chce nas odłączyć od jedności z Bogiem. Dlatego więc sformułowanie «na pokuszenie» jest słuszne i słowo, które mu odpowiada, musi być słowem, które pozwoli zrozumieć, że nasz Bóg jest Bogiem, który nas wspiera, pomaga nam, abyśmy nie wpadli w pokusy. To nie jest Bóg, który chciałby nas mieć w pułapce. To myślenie całkowicie nieakceptowalne“ - podkreślił w wywiadzie dla Radia Watykańskiego abp Bruno Forte.

ORĘDZIE NA ŚWIATOWY DZIEŃ ŚRODKÓW PRZEKAZU./ przeczytaj tj to piękne słowo/.

ORĘDZIE PAPIEŻA FRANCISZKA NA 
LIV. ŚWIATOWY DZIEŃ
ŚRODKÓW SPOŁECZNEGO PRZEKAZU

„Obyś mógł opowiadać i utrwalić w pamięci” (por. Wj 10, 2)
Życie staje się historią

Chciałbym Orędzie na ten rok poświęcić tematowi narracji, ponieważ wierzę, że aby się nie zagubić, powinniśmy oddychać prawdą dobrych historii, takich, które budują, a nie niszczą; historii, które pomagają odnaleźć korzenie i siłę, aby iść razem naprzód. W zamieszaniu otaczających nas głosów i przesłań, potrzebujemy ludzkiej narracji, która opowie nam o nas oraz o pięknie w nas mieszkającym; narracji, która potrafi oglądać świat i wydarzenia z czułością; opowiadającej o naszym istnieniu, jako o żywej tkance ukazującej splot powiązań, poprzez które jesteśmy złączeni jedni z drugimi.

1. Tkanie historii

Człowiek jest bytem opowiadającym. Od małego mamy głód historii, tak jak mamy pragnienie jedzenia. Mogą one mieć formę bajek, powieści, filmów, pieśni, wiadomości… Te historie wpływają na nasze życie, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi. Często decydujemy, co jest właściwe albo co jest błędne, w oparciu o osoby lub historie, które sobie przyswoiliśmy. Opowiadania mają na nas wpływ, utrwalają nasze przekonania i nasze postawy, mogą pomóc nam zrozumieć siebie i powiedzieć kim jesteśmy.

Człowiek jest nie tylko jedynym bytem, który potrzebuje ubrania, aby ukryć swoją nagość (por. Rdz 3, 21), ale pozostaje także jedynym, który potrzebuje wypowiedzenia siebie, „wyrażenia siebie” poprzez historie, aby utrwalić swoje życie. Nie tkamy jedynie ubrań, ale również historie. Ludzka zdolność do „tkania”, prowadzi zarówno do tkanin, jak i tekstów. Historie wszystkich czasów mają wspólny „szkielet”: struktura zakłada obecność „bohaterów”, także tych zwyczajnych, którzy, by podążać za marzeniem, mierzą się z trudnymi sytuacjami, podejmują walkę ze złem, wzmocnieni siłą miłości, która czyni ich odważnymi. Zanurzając się w tych historiach, możemy odnaleźć heroiczne motywacje, aby zmierzyć się z życiowymi wyzwaniami.

Człowiek pozostaje bytem narracyjnym, ponieważ jest bytem stającym się, który odkrywa siebie i ubogaca się treściami swoich dni. Ale od samych początków, nasze opowiadanie jest zagrożone: w historii wije się zło.

2. Nie wszystkie historie są dobre

„Jeśli spożyjesz, będziesz jak Bóg” (por. Rdz 3, 4): pokusa węża wchodzi w samą treść historii jako węzeł trudny do rozplątania. „Jeśli posiądziesz, staniesz się, osiągniesz…”, podpowiada jeszcze dzisiaj ten, kto posługuje się opowiadanymi historiami (storytelling) instrumentalnie. Ile historii narkotyzuje nas, próbując przekonać, że aby być szczęśliwymi ciągle potrzebujemy mieć, posiadać i konsumować. Prawie nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo stajemy się żądnymi plotek i obmów, ile przemocy i fałszu pochłaniamy. Często w sieci komunikacyjnej, zamiast budujących opowiadań, które są spoiwem więzi społecznych i kulturowych, powstają historie destrukcyjne i prowokacyjne, które niszczą i rwą delikatne nici współistnienia. Zestawiają one razem niesprawdzone informacje, powtarzając wypowiedzi banalne i fałszywie przekonujące, uderzając hasłami nienawiści. Nie tworzy się wtedy ludzkiej historii, ale odziera się człowieka z jego godności.

Podczas gdy opowiadania używane dla celów instrumentalnych oraz podporządkowujących umysły mają krótki żywot, dobra historia jest w stanie przekroczyć granice czasu i przestrzeni. Pomimo upływu wieków pozostaje aktualna, ponieważ daje pokarm życiu.

W epoce, w której fałszerstwo ukazuje się jako coraz bardziej wyrafinowane i osiąga zastraszający poziom (deepfake), potrzebujemy mądrości, aby zebrać i stworzyć opowiadania piękne, prawdziwe, i dobre. Potrzebujemy odwagi, aby odrzucić te fałszywe i złowrogie. Potrzebujemy cierpliwości i rozeznania, aby odkryć historie, które pomogą nam nie zagubić się pośród tylu dzisiejszych utrapień; historii, które postawią w świetle prawdę o tym, kim jesteśmy, także w niedostrzeganym, codziennym heroizmie.

3. Historia historii

Pismo Święte jest Historią historii. Ile zdarzeń, ludów, osób nam przedstawia! Ona ukazuje od samego początku Boga, który jest równocześnie Stworzycielem i Narratorem. Gdy On wypowiada swoje Słowo, rzeczy stają się (por. Rdz 1). Poprzez swoją narrację Bóg powołuje do życia rzeczy i na końcu stwarza mężczyznę i kobietę jako wolnych partnerów, twórców historii razem z Nim. W jednym z psalmów, stworzenie opowiada Stwórcy: „Ty bowiem utworzyłeś moje nerki i utkałeś mnie w łonie mej matki. Dziękuję Ci, żeś mnie stworzył tak cudownie[…]. Nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi” (Ps 139, 13-15). Nie urodziliśmy się dokończeni, potrzebujemy być nieustannie „tworzeni” i „stający się”. Życie zostało nam dane jako zaproszenie, aby nieustannie tkać ten „wspaniały cud”, którym jesteśmy.

W tym znaczeniu Biblia jest wielką historią miłości między Bogiem a ludzkością. W jej centrum znajduje się Jezus: Jego życie jest spełnieniem planu miłości Boga do człowieka i równocześnie historii miłości człowieka do Boga. Człowiek będzie w ten sposób wezwany, z pokolenia na pokolenie, do opowiedzenia i zachowania w pamięci najważniejszych wydarzeń tej Historii historii, tych narracji, zdolnych do przekazania sensu tego, co się wydarzyło.

Tytuł tego Orędzia został wzięty z Księgi Wyjścia, podstawowego opowiadania biblijnego, które jest świadkiem interwencji Boga w historii swojego ludu. W istocie, kiedy zniewoleni synowie Izraela wołają do Niego, to On słucha i przypomina sobie: „Bóg wspomniał na swoje przymierze z Abrahamem, Izaakiem i Jakubem. Wejrzał Bóg na położenie Izraelitów i pomyślał o nich” (Wj 2, 24-25). Z pamięci Boga wypływa wyzwolenie z uciemiężenia, które przychodzi poprzez znaki i cuda. I w tym miejscu Pan odsłania przed Mojżeszem sens wszystkich znaków: „abyś opowiadał dzieciom i utrwalał w pamięci twojego syna i wnuka znaki, jakie zdziałałem: abyście wiedzieli, że Ja jestem Panem!” (Wj 10, 2). Doświadczenie Wyjścia uczy nas, że znajomość Boga jest przekazywana przede wszystkim przez opowiadanie, z pokolenia na pokolenie, o tym, jak On nieustannie pozostaje obecny. Bóg życia komunikuje się opowiadając życie.

Sam Jezus opowiadał o Bogu nie poprzez abstrakcyjne wywody, ale poprzez przypowieści, krótkie opowiadania, historie wzięte z codziennego życia. Tutaj życie staje się historią, a następnie dla słuchacza historia staje się życiem: to opowiadanie wchodzi w życie tego, który słucha i je przekształca.

Także same Ewangelie, co nie jest przypadkiem, są opowiadaniami. Podczas, gdy informują nas o Jezusie, przemieniają nas[1], upodabniają nas do Niego: Ewangelia wzywa czytelnika do uczestnictwa w tej samej wierze, aby dzielić to samo życie. Ewangelia Jana mówi nam, że Narrator w sensie właściwym – Słowo – stał się narracją: „Jednorodzony Bóg, który jest w łonie Ojca, o Nim opowiedział” (J 1, 18). Użyłem określenia „opowiedział”, ponieważ orginał exeghésato może być przetłumaczony bądź jako „objawiony” lub jako „opowiedziany”. Bóg osobiście włączył się w naszą historię, dając nam nowy sposób tworzenia naszych historii.

4. Historia, która się odnawia

Historia Chrystusa nie jest dziedzictwem przeszłości, jest naszą historią, zawsze aktualną. Ona mówi nam, że Bóg wziął sobie do serca człowieka – nasze ciało, naszą historię, aż do stania się człowiekiem, ciałem i historią. Mówi nam także, że nie istnieją historie ludzkie nieznaczące i małe. Po tym, jak Bóg stał się historią, każda ludzka historia jest w pewnym sensie historią boską. W historii każdego człowieka Bóg objawia historię swojego Syna, który zszedł na ziemię. Każda ludzka historia posiada niepodważalną godność. Dlatego ludzkość zasługuje na opowieści, które sięgają jej poziomu, tego oszałamiającego i fascynującego poziomu, do jakiego wyniósł ją Jezus.

„Wy – pisał św. Paweł – jesteście listem Chrystusowym, napisanym nie atramentem, ale Duchem Boga żywego, nie na kamiennych tablicach, ale na żywych tablicach serc” (2 Kor 3, 3). Duch Święty, miłość Boga, pisze w nas. I pisząc w nas, utwierdza w nas dobro, przypomina o nim. Przypominać oznacza w istocie nieść do serca(wł: ri-cordare – red.), „pisać” w sercu. Poprzez działanie Ducha Świętego każda historia, także ta najbardziej zapomniana, również ta zapisana na bardzo krzywych liniach, może stać się inspirująca, może odrodzić się jako arcydzieło, stając się dodatkiem do Ewangelii. Tak jak Wyznania Augustyna. Jak Opowieść PielgrzymaIgnacego. Jak Dzieje duszy Teresy od Dzieciątka Jezus. Jak Narzeczeni (wł: Promessi sposi – red.), jak Bracia Karamazow. Jak wiele innych historii, które przedziwnie stały się sceną spotkania pomiędzy wolnością Boga a wolnością człowieka. Każdy z nas zna różne historie pachnące Ewangelią, które dały świadectwo Miłości przemieniającej życie. Te historie zasługują na dzielenie się nimi, na opowiadanie ich, na ożywianie ich w każdym czasie, w każdym języku, poprzez wszystkie środki komunikowania.

5. Historia, która nas odnawia

W każde wielkie opowiadanie wkracza nasze opowiadanie. Kiedy czytamy Pismo Święte, historie świętych, także te teksty, które potrafiły odczytać duszę człowieka i wydobyć na światło jej piękno, Duch Święty może pisać w naszych sercach, odnawiając w nas pamięć tego, kim jesteśmy w oczach Boga. Kiedy przypominamy sobie o miłości, która nas stworzyła i zbawiła, kiedy wsączamy miłość w nasze codzienne historie, kiedy tkamy miłosierdziem ramy naszych dni, wtedy przekładamy kolejną stronę. Nie jesteśmy już więcej wplątani w narzekanie i smutki, powiązane z chorą pamięcią, która zamyka serce, ale otwieramy je na innych, otwieramy się na wizję samego Narratora. Opowiadanie Bogu naszej historii nigdy nie jest bezużyteczne, nawet wtedy, gdy kronika wydarzeń pozostaje niezmienna, zmienia się jednak sens i perspektywa. Opowiadać o sobie Panu, to wejść w jego współczujące spojrzenie miłości dla nas i dla innych. Jemu możemy opowiedzieć historie, które przeżywamy, zanieść Mu osoby, powierzyć różne sytuacje. Z Nim możemy ponownie połączyć tkankę życia, zszyć pęknięcia i wyrwy. Jak bardzo tego wszyscy potrzebujemy!

Pod spojrzeniem Narratora – jedynego, który ma ostateczny punkt widzenia – przybliżmy się z kolei do bohaterów, do naszych braci i sióstr, stojących obok nas, uczestników dzisiejszych historii. Tak, ponieważ nikt nie jest statystą na scenie świata i historia każdego jest otwarta na możliwą zmianę. Także, kiedy opowiadamy o złych rzeczach, możemy nauczyć się pozostawiania przestrzeni dla odkupienia, możemy rozpoznać pośród zła także dynamizm dobra, aby pozwolić mu zaistnieć.

Dlatego nie chodzi o gonienie za logiką opowiadanych historii (storytelling), ani o robienie im czy sobie reklamy, ale o przypominanie o tym, kim jesteśmy w oczach Boga, oraz o świadczenie o tym, co Duch Święty pisze w sercach, o objawianie każdemu, że jego historia zawiera rzeczy wspaniałe. Aby móc to czynić, powierzmy się Kobiecie, która tkała w swoim łonie człowieczeństwo Boga i, jak mówi Ewangelia, rozważała wszystko, co się wydarzało. Dziewica Maryja w istocie zachowywała wszystko, rozważając w sercu (por. Łk 2, 19). Prośmy o pomoc Tę, która umiała rozwiązywać życiowe węzły łagodną siłą miłości:

Maryjo, Niewiasto i Matko, Ty tkałaś w łonie Słowo Boże, Ty opowiadałaś swoim życiem wspaniałe dzieła Boga. Wysłuchaj naszych historii, zachowaj je w swoim sercu i uczyń swoimi, również wtedy, gdy nikt nie chce ich słuchać. Naucz nas rozpoznawać dobry wątek, który kieruje historią. Wejrzyj na cały splot węzłów, w które uwikłane jest nasze życie, paraliżujących naszą pamięć. Twoje delikatne ręce mogą rozwiązać każdy węzeł. Niewiasto Ducha, Matko zaufania, inspiruj także nas. Pomagaj nam tworzyć historie pokoju, historie przyszłości. I wskazuj nam drogę wspólnego podążania.

Rzym, u św. Jana na Lateranie, 24 stycznia 2020 roku, we wspomnienie św. Franciszka Salezego.    

Franciscus 

Pliki do pobrania

W 2019 roku odnotowano w Europie prawie 3 tys. ataków na obiekty chrześcijańskie

opr. idziemy/rw W ubiegłym  roku w Europie, głównie w zachodnich państwach, doszło prawie do 3 tysięcy różnych ataków na miejsca kultu

Poinformowało o tym Papieskie Dzieło Pomoc Kościołowi w Potrzebie (ACN), dodając, że były to np. podpalenia, włamania, kradzieże, profanacje czy akty wandalizmu. Średnio dokonywano około 5 takich czynów dziennie. Organizacja poinformowała również, że ze względu na liczbę ataków na chrześcijan rok ubiegły można nazwać „rokiem męczenników”. Według amerykańskiego prawicowego Instytutu Gatestone najwięcej ataków odnotowano w 2019 we Francji i w Niemczech, ale dochodziło do nich także m.in. w Belgii, Wielkiej Brytanii, Danii, Irlandii, we Włoszech i w Hiszpanii .

Komentując te dane, dyrektor wykonawcza Obserwatorium Nietolerancji i Dyskryminacji przeciw Chrześcijaństwu Ellen Fantini zwróciła uwagę, że

„chrześcijanie w Europie są uciskani na wiele różnych sposobów, począwszy od ingerowania w wolność sumienia, wypowiedzi i stowarzyszania się po odmowę lub utrudnianie dostępu [poszkodowanych chrześcijan] do wymiaru sprawiedliwości i usług prawnych”. Występuje też np. łamanie praw rodziców do wychowywania swych dzieci zgodnie z wyznawaną przez siebie wiarą

– dodała przedstawicielka Obserwatorium.

Z kolei przewodniczący ACN Thomas Heine-Geldern oświadczył, że ze względu na liczbę zamachów i zabójstw chrześcijan ubiegły rok był „rokiem męczenników, jednym z najkrwawszych w dziejach chrześcijaństwa”. Najstraszniejszym wydarzeniem były pod tym względem ataki na trzy świątynie na Sri Lance na Wielkanoc, które pociągnęły za sobą śmierć ponad 250 osób. „Wielkie zaniepokojenie budziła także sytuacja w Chinach i Indiach

” – dodał szef organizacji.

Za zjawisko pozytywne i budzące nadzieję uznał on natomiast to, że „w Europie Zachodniej politycy i środowiska opiniotwórcze mówią obecnie znacznie więcej niż jeszcze do niedawna o wolności religijnej”. Jako szczególnie pocieszający przykład wymienił orędzie wideo brytyjskiego następcy tronu księcia Karola, nagrane na Boże Narodzenie dla ACN. Książę wspomniał w nim o narastających cierpieniach i prześladowaniach chrześcijan na całym świecie i wezwał do solidarności z nimi.

T. Heine-Geldern powtórzył apel do organizacji międzynarodowych i międzyrządowych, jak Unia Europejska i ONZ, aby troszczyły się i chroniła wolność religijną jako podstawowe prawo człowieka na wszystkich szczeblach i we wszystkich krajach.

„Dużo się o tym mówi, ale bardzo mało się robi”

– stwierdził z ubolewaniem dyrektor ACN. Dodał, że trudno uwierzyć, iż w takim kraju jak Francja doszło w 2019 do 230 ataków na instytucje chrześcijańskie, a w Chile od tylko połowy października sprofanowano i uszkodzono 40 kościołów. Bardzo trudna była w tym czasie sytuacja wyznawców Chrystusa również w Nigerii, Burkina Faso i na Bliskim Wschodzie

– przypomniał T. Heine-Geldern.